Madera znana jest jako wyspa wiecznej wiosny. Po szesnastu latach spędzonych na zgłębianiu jej zakamarków odkryłem, że to przede wszystkim wyspa wiecznego „teraz”.
Turyści często próbują zobaczyć wszystko naraz — rano klify, w południe góry, wieczorem zachód słońca. Z zegarkiem w ręku przemieszczają się między punktami widokowymi, jakby bali się, że coś im umknie. Tymczasem mieszkańcy żyją inaczej. Ich rytm ma swoją nazwę: amanhã — jutro. I nie, to nie jest lenistwo. To cicha zgoda na to, że nie wszystko trzeba zrobić dziś.
Rytuały codzienności i sztuka bycia tu i teraz
Na Maderze dzień bardzo często zaczyna się od kawy. Ale nie takiej „na wynos”, wypijanej w biegu. To mały rytuał, który trudno zrozumieć, dopóki nie usiądziesz przy stoliku i nie pozwolisz sobie na kilka spokojnych minut. Bica albo garoto, krótka rozmowa, obserwowanie ulicy — niby nic szczególnego, a jednak właśnie w takich momentach najłatwiej poczuć lokalny rytm życia.
Z czasem zaczynasz zauważać, że relacja z czasem wygląda tu zupełnie inaczej. Zegarek nie służy do ciągłego kontrolowania dnia, tylko raczej do wychwytywania przyjemności. To moment, by sprawdzić, kiedy słońce zacznie chować się w oceanie, kiedy w piekarni pojawi się świeże bolo do caco albo o której godzinie zaczyna się rodzinne spotkanie.
Ten spokój najlepiej widać w niedziele. Wtedy wyspa jakby jeszcze bardziej zwalnia, a w powietrzu unosi się zapach dymu z drewna laurowego. Miejsca przygotowane do grillowania (tzw. fogareiros) rozsiane są po całej wyspie — często mija się je przypadkiem przy głównej drodze lub spotyka w punktach o spektakularnych widokach, jak choćby Miradouro Massapez. Rodziny ruszają wtedy w góry, do prostych miejsc piknikowych — takich jak Parque Florestal das Queimadas, Chão da Ribeira czy Ribeiro Frio — gdzie przez kilka godzin nic nie musi się wydarzyć poza wspólnym jedzeniem i rozmową. Espetada, chleb, wino i czas — to w zupełności wystarcza.
Prawdziwą Maderę odkrywa się dopiero wtedy, gdy zjedzie się z głównych dróg. Wystarczy skręcić w stronę tzw. lombos, wąskich grzbietów górskich, gdzie życie toczy się swoim tempem. Pranie suszy się na wietrze, starsze osoby pielęgnują tarasy uprawne, a cisza bywa tak głęboka, że słychać ocean gdzieś daleko w dole. To nie jest atrakcja przygotowana dla turystów, tylko zwykła codzienność, która zostaje w pamięci na długo.

Porto Santo i lekcja zatrzymywania się
Dopełnieniem tego stylu życia jest Porto Santo — miejsce, do którego mieszkańcy Madery wracają od pokoleń, kiedy chcą naprawdę odpocząć. Po roku spędzonym wśród stromych zboczy i wilgotnej zieleni dziewięć kilometrów złotej plaży działa niemal jak reset dla głowy.
Tutaj wszystko jest prostsze i bardziej otwarte. Horyzont nie kończy się na ścianie gór, tylko rozciąga się daleko przed Tobą. I właśnie ta przestrzeń potrafi być na początku zaskakująca. Pamiętam, że za pierwszym razem złapałem się na tym, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Brak planu był wręcz niewygodny. Dopiero po chwili przyszło zrozumienie, że w tym miejscu nie chodzi o robienie czegokolwiek. Wystarczy spacer, lody w Vila Baleira, kilka godzin spędzonych na patrzeniu w ocean. Proste rzeczy, które w codziennym życiu gdzieś się gubią, tutaj nagle odzyskują znaczenie.

Nie ma róży bez kolców
Ten styl życia ma jednak swoją mniej wygodną stronę, szczególnie dla nas, Polaków. Jesteśmy narodem konkretnym – cenimy dobrą organizację, punktualność i jesteśmy silnie nastawieni na efektywność. Dla kogoś wychowanego w kulturze „załatwiania spraw od ręki”, maderiańskie amanhã bywa prawdziwym wyzwaniem. To słowo to synonim relaksu, ale i beztroskiego odkładania spraw na później.
Częściowo byłem na to przygotowany, bo Włochy od lat są obecne w moim życiu i tamtejszy rytm zdążyłem poznać od podszewki. Te dwa światy są pod wieloma względami uderzająco podobne. Jednak gdy przychodzi do załatwienia czegoś w urzędzie czy u mechanika, zderzenie naszej potrzeby sprawnego działania z lokalnym tempem bywa bolesne.
W życiu prywatnym ten brak pośpiechu doceniłem niemal od razu, ale w biznesie potrzebowałem czasu na adaptację. Jako osoba wychowana w przekonaniu, że spraw nie odkłada się na później, początkowo czułem sporą irytację. Irytowało mnie czekanie na odpowiedzi, które „powinny” pojawić się jak najszybciej, najlepiej od razu. Tutaj nie zawsze tak to działa. Dopiero z czasem zrozumiałem, że to nie brak profesjonalizmu, a po prostu inna kultura pracy. To zupełnie inny system operacyjny — bardzo podobny do tego, który poznałem we Włoszech. Priorytety są tu rozłożone inaczej niż u nas.
Z czasem przyzwyczaiłem się do tego, że moi partnerzy biznesowi mają po prostu inne podejście niż ja. Zaczyna się rozumieć, że to po prostu odmienna logika funkcjonowania, której nie da się mierzyć tą samą miarą. I kiedy to zaakceptujesz, wszystko zaczyna działać — tylko na trochę innych zasadach.

Pamiątka, której nie kupisz
Z Madery i Porto Santo można przywieźć wiele rzeczy, ale żadna z nich nie jest tak wartościowa jak ta subtelna zmiana w sposobie myślenia o czasie. To moment, w którym polska potrzeba efektywności ustępuje miejsca uważności. Zaczynasz zauważać, że nie wszystko musi dziać się natychmiast. Że kawa może trwać dłużej niż kilka minut, a zachód słońca nie jest tylko kolejnym punktem dnia do „odhaczenia”.
Obserwując tutejszych mieszkańców, mam nieodparte wrażenie, że taki tryb życia sprawia, że ludzie są po prostu bardziej szczęśliwi. To szczęście nie wynika z posiadania więcej, ale z umiejętności przeżywania tego, co już się ma.
Po powrocie do naszej codzienności ten stan łatwo znika. Tempo znowu przyspiesza, a lista obowiązków szybko się wydłuża. Mimo to coś zostaje — świadomość, że można inaczej. Że czas nie musi być przeciwnikiem, tylko przestrzenią na małe, codzienne przyjemności.
I czasem naprawdę warto zostawić coś na jutro. A właściwie — na amanhã.


